niedziela, 1 września 2013

Rozdział 7. Dla przeciętnego przechodnia wyglądali jak szczęśliwa para

     Z dedykacją dla Księżniczki Czystej Krwi! :)

----------------

     Hermiona pojawiła się w dość ciepły piątkowy wieczór, chwilę po godzinie dwudziestej, w Hogsmeade.  Miasteczko zamieszkane tylko przez czarodziejów, jedno z jej ulubionych miejsc na ziemi. Oczywiście poza Hogwartem i domem rodzinnym. Pamięcią wróciła do czasów, gdy była uczennicą Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Wiele razy odwiedzała to magiczne miasto z przyjaciółmi - Harry’m, Ron’em i Ginny. Okazyjnie zabierali się z nimi także Luna i Neville. Najczęściej czas spędzali w Miodowym Królestwie, gdzie uzupełniali zapasy słodyczy. Ulubionym produktem Hermiony sprzedawanym w tym sklepie były i nadal są bez wątpienia samoczyszczące nici do zębów. Pamiętała jak podarowała je kiedyś rodzicom. Magiczny produkt spodobał im się tak bardzo, że przy najbliższej okazji poprosili Hermionę o ponowny zakup. Natomiast Harry i Ron pokochali Musy-Świstusy i Pieprzne Diabełki. Po zakupieniu wszystkich potrzebnych (a najczęściej niepotrzebnych) produktów odwiedzali Pub Pod Trzema Miotłami, gdzie delektowali się smakiem Kremowego Piwa.
         - Hermiona! – Hanna wychyliła się z Pubu. – Chodź do nas, zaraz zamykam a potem idziemy do hotelu Draco.
         - Hej, Hanna! – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – A dostanę kufel Kremowego Piwa?
         - Nawet dwa. – narzeczona Neville’a przepuściła pannę Granger. – Siadaj przy barze.
         - Dzięki. – Hermiona postawiła torbę przy jednym ze stolików i skierowała się do miejsca wskazanego przez pannę Abbott. – Cześć, Pansy.
         - Hermiona, uwierz czy nie, cieszę się, że Cię widzę. – była Ślizgonka uśmiechnęła się szczerze, bez cienia złośliwości. Dziewczyna bardzo zmieniła się zewnętrznie – krótko ścięte włosy były staranie wycieniowane, a delikatny makijaż podkreślał jej atuty – duże, zielone oczy.
         - Jeśli mam być szczera to nawzajem. – panna Granger odwzajemniła uśmiech i usiadła obok byłej uczennicy Domu Węża.
         - Proszę, piwo kremowe dla Ciebie. – Hanna postawiła przed Hermioną kufel pysznego trunku. – Pansy, jeszcze jedna woda goździkowa?
         - Na Merlina, absolutnie nie. I bez tego co chwile  biegam do łazienki.
         - Uroki ciąży, co? – zaśmiała się Hanna. – Który to miesiąc?
         - Początek czwartego.
         - Najszczersze gratulacje, Pansy. – Hermiona upiła łyk Kremowego Piwa.
         - Dzięki. Ale chwileczkę, Granger, nie widziałam Cię od dobrych czterech lat. Opowiadaj co u Ciebie, Święta Trójca Gryffindor’u dalej trzyma się razem?
         - Już nie, rok po Wojnie Ron wyjechał do Rumunii i zerwał z nami kontakt. Dopiero wczoraj dostałam od niego pierwszy list z wyjaśnieniem i przeprosinami. Harry uczy w Hogwarcie, ja pracuję w Londynie i widujemy się okazjonalnie. Wynajmuję dom razem z Ginny Weasley i moją przyjaciółką z dzieciństwa Ashley Wilson.
         - Znając Ciebie to nie potrafisz się gniewać na Ron’a. - Pansy postukała zadbanymi paznokciami po blacie.
         - Pewnie, że się na niego nie gniewam. Cieszę się, że w końcu się odezwał, nawet jeśli trwało to tyle lat. Widocznie potrzebował czasu żeby sobie wszystko poukładać. A co stało się ze Świętą Trójcą Slytherin’u?
         - Przykro mi to mówić, ale podobny los spotkał nas. Co prawda utrzymujemy ze sobą dość częsty kontakt, ale i tak każde z nas poszło swoją drogą. Ja wyszłam za mąż i założyłam rodzinę, Blaise spotyka się z Ginny, pracuje w Ministerstwie i jeszcze ma na głowie kilka klubów w Londynie. A Draco…on już całkiem zatracił się w pracy. I mówiąc między nami, życzę mu aby w końcu znalazł sobie porządną dziewczynę. Przyda mu się. – Pansy puściła do niej oczko. Hermiona postanowiła zignorować ten gest, miała nieprzyjemne uczucie, że każdy próbuje pchnąć ją na siłę w ramiona Malfoy’a.
         - Nie sądziłam, że akurat on może cierpieć na brak dziewczyn. Z tego co pamiętam, to w Hogwarcie nie mógł się od nich odpędzić.
         - Teraz też nie narzeka, ale ja mówię o kimś na stałe, a nie na tydzień. Kiedyś zachowywałam się podobnie jak on, poza pracą nie wiele mnie interesowało. Dopiero jak poznałam mojego męża, Thomas’a, zwolniłam tempo i zaczęłam dostrzegać w moim życiu naprawdę ważne kwestie.
         - Będę miała okazję poznać Twojego męża na jutrzejszym przyjęciu? – zapytała Hermiona.
         - Nie, Thomas nie jest czarodziejem. Zaskoczona? Kto by pomyślał, że ta niedobra Ślizgonka, Pansy, zakocha się w mugolu i zostanie jego żoną. Hanna – zwróciła się do przyjaciółki, która wycierała kufle – niech stracę, podaj mi proszę jeszcze jedną wodę goździkową, a Mionie daj Piwo Kremowe, bo jej kufel robi się pusty.
         - Z przyjemnością, Moje Drogie. – narzeczona Neville’a z uśmiechem podała zamówienie. - Hermiona, ja byłam podobnie zdziwiona, kiedy dowiedziałam się o Thomas’ie. Życie jest zaskakujące.
         - To prawda. – przyznała jej rację Hermiona. – Jak się poznaliście?
         - Na kursie gotowania potraw egzotycznych. – Pansy lekko się zarumieniła. – Zawsze lubiłam jeść takie potrawy i postanowiłam się ich nauczyć. Ja i Thomas byliśmy w jednej grupie, a potem nasz prowadzący podzielił nas na pary i my wylądowaliśmy razem.
         - Przez żołądek do serca? - zachichotała Hermiona.
         - Coś w tym stylu. Rok po tym zaszłam w ciążę i wzięliśmy ślub. Zmieniłam nazwisko na Browning. Osiem miesięcy później urodził się nam syn, Dorian. Jest bardzo podobny do Thomas’a, poza charakterkiem, który ma po mnie. – Pansy dumnie wypięła pierś i zaśmiała się.
Dziewczyny rozmawiały jeszcze długo – o ich życiu prywatnym, ciuchach, kosmetykach, marzeniach, pracy, chłopakach, planach na przyszłość. Hermiona z uśmiechem na ustach wysłuchiwała opowieści Pansy i Hanny o życiu w związkach. Cieszyła, się że dziewczyny odnalazły odpowiednich mężczyzn. Nim się zorientowały wybiła godzina dwudziesta trzecia. Do tego czasu panna Granger wypiła sześć Kremowych Piw a Pansy trzy wody goździkowe.

***

         Piętnaście minut później Hermiona weszła do pokoju, który został jej przydzielony odgórnie. Widząc gdzie się znalazła cicho zaklęła pod nosem. To nie był zwykły pokój. To był najprawdziwszy i największy apartament jaki w życiu widziała. Recepcjonistka powiedziała, że to jedyny taki pokój w tym hotelu, przeznaczony dla wyjątkowych gości. Na co Pansy uśmiechnęła się i spojrzała wymownie na Hermionę w stylu A nie mówiłam? Na tym samym piętrze znajdował się jeszcze prywatny apartament Draco.
         - Czy Draco jest u siebie? – zapytała Pani Browning.
         - Nie, Pan Malfoy jest w Paryżu. Przed wyjazdem powiedział mi, że wróci dziś późno w nocy lub jutro z samego rana. – recepcjonistka uśmiechnęła się i podała dziewczynom klucze. – Życzę miłego pobytu i spokojnej nocy.
         Po odświeżającym prysznicu panna Granger zasnęła w łóżku, w którym poza nią spokojnie zmieściłyby się jeszcze trzy osoby. A niespodzianka przyszła dopiero rano…

***

         Gdy Hanna, Hermiona i Pansy omawiały najnowsze kolekcje na nadchodzącą jesień Draco Malfoy przebywał w swoim hotelu w Paryżu. Od dobrych pięciu godzin siedział nad papierkową robotą i nie było widać końca pracy. Przetarł zmęczone oczy i sięgnął po kubek z kawą. Wstał i podszedł do okna, z którego miał piękny widok na ukochane miasto. Myślami powędrował jednak do Hogsmeade, wszystkie zaproszone osoby na pewno już dotarły na miejsce. Nie widział sensu wracać późnym wieczorem do Anglii, postanowił, że pojawi się tam dopiero rano. Dziś i tak już nie mieliby z niego żadnego pożytku. Zszedł na dół do recepcji.
         - Spokojny wieczór? – zapytał swoją pracownicę, Jamie, i usiadł obok niej w recepcji.
         - Tak, ostatni gość zameldował się godzinę temu. Panie Malfoy, czy mogę o coś poprosić?
         - Słucham.
         - Mogę na chwilę wyjść i zadzwonić do mojej mamy? Astor, moja córeczka, jest chora i chcę dowiedzieć się jak się czuje.
         - Za ile kończysz zmianę? – zapytał Draco.
         - O dwudziestej trzeciej, za godzinę.
         - To idź do domu. Posiedzę tutaj i tak nie mogę już patrzeć na te papiery. Niedługo zacznie się zmiana Ariel, więc do tego czasu mogę Cię zastąpić.
         - Naprawdę? Jest Pan najlepszym szefem na świecie!
         - Dziękuję, a teraz uciekaj zanim się rozmyślę. – uśmiechnął się i upił łyk gorącego napoju.
Bardzo lubił Jamie, była najbardziej sumiennym i uczciwym pracownikiem w całym hotelu. Pracowała u niego od prawie trzech lat i nigdy nie było na nią ani jednej skargi. Wręcz przeciwnie – wszyscy goście i pracownicy wyrażali się o niej bardzo dobrze. Rozumiał też jej ciężką sytuację życiową w jakiej się znalazła. Dwa lata temu zmarł jej mąż i od tamtego czasu sama wychowywała córkę, co na pewno nie było łatwym zadaniem. Na szczęście miała matkę, która bardzo jej pomagała. Dzięki temu Jamie nie musiała rezygnować z pracy. Draco miał już okazję poznać jej dwuletnią córkę i musiał przyznać, że była to bardzo urocza dziewczynka. Od tamtej pory córka stała się nieodłącznym elementem wizji jego przyszłej rodziny. Z rozmyślań wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał mężczyznę i kobietę, na pierwszy rzut oka mieli około czterdziestu pięciu lat. Sądząc po tym z jaką czułością na siebie patrzyli byli małżeństwem. Widocznie są na świecie ludzie, którzy pobierają się z miłości. Szkoda, że tak nie stało się w przypadku jego rodziców.
         - Witam Państwa serdecznie w El Corazón del Dragón. Czym mogę służyć? – zapytał, gdy para podeszła do recepcji.
         - Chcemy wynająć pokój na tydzień. Jeśli oczywiście, są wolne miejsca. – odpowiedziała uśmiechnięta kobieta. – Nasz samolot miał dwugodzinne opóźnienie i w hotelu, gdzie mieliśmy się zatrzymać, przepadła rezerwacja. Taksówkarz bardzo polecał nam ten hotel więc oto i jesteśmy. – Draco spojrzał na nią, miał dziwne odczucie, że kiedyś już ją gdzieś spotkał. Miała krótkie, lekko falowane włosy i niesamowicie czekoladowe oczy, które wydały mu się dziwnie znajome.
         - To bardzo miłe, że mój hotel cieszy się popularnością. – uśmiechnął się. – Oczywiście, że są wolne miejsca. Zaraz znajdziemy coś odpowiedniego.
         - Pan jest właścicielem? – zapytał lekko siwiejący partner kobiety.
         - We własnej osobie. Moja recepcjonistka ma chore dziecko więc postanowiłem dziś ją zastąpić.
         - To bardzo szlachetne. Musi mieć Pan niesamowicie dobre serce, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością.
         - Droga Pani, jestem przekonany, że każdy zachował by się podobnie jak ja.
         - Sporo podróżujemy po świecie i nie każdy właściciel hotelu jest tak wyrozumiały jak Pan. – wyjaśniła. – Teraz postanowiliśmy spędzić tydzień w Paryżu.
         - Oh, to bardzo piękne miasto. Zawsze z przyjemnością tutaj przylatuję.
         - Skąd Pan pochodzi? Jeśli oczywiście, mogę zapytać. – zapytała kobieta.
         - Z Anglii, a dokładniej z Londynu.
         - Tam jeszcze nie byliśmy, ale wszystko przed nami. My pochodzimy z Australii i oboje kochamy podróże. Z okazji naszej rocznicy ślubu postanowiliśmy zwiedzić Francję i Belgię.
         - Cóż, jeśli kiedyś odwiedzicie Państwo Anglię to zapraszam do mojego hotelu.
         - Zapamiętamy i na pewno skorzystamy. – uśmiechnęła się kobieta. Dziwnie znajomo.
         - Poproszę jeszcze o Państwa godność i zaraz wydam klucz do apartamentu.
         - Monika i Wendell Wilkins.

***

         Następnego dnia Hermiona obudziła się bardzo wypoczęta. Podejrzewała, że to zasługa tego wygodnego łóżka. Teraz jej łózko z baldachimem wydało jej się niewielką kanapą w porównaniu do tego, na którym leżała. Nawet wolała nie myśleć ile kosztuje pobyt w tak luksusowym apartamencie. W końcu do dyspozycji miała sypialnię, przestronny salon, łazienkę i taras z widokiem na Hogwart. Przeciągnęła się niczym kotka i spojrzała na zegarek. Dochodziła ósma, postawiła wstać i po porannej toalecie udać się do sali, w której ma odbyć się przyjęcie dla profesor McGonagall. Może przyda się do czegoś. W końcu przed takimi okazjami zawsze jest coś do roboty. Gdy wyszła odświeżona z łazienki usłyszała energiczne pukanie do drzwi. Gdy je otworzyła zobaczyła ogromny bukiet czerwonych róż, który do połowy zasłaniał osobę, która stała w progu. Hermiona nie spodziewała się takiego widoku, a tym bardziej osoby, która była za nim.
         - Dzień dobry. – zza przepięknych kwiatów wychylił się Draco. – To dla Ciebie. – podał jej róże, wywołując przy tym rumieniec na twarzy dziewczyny.
         - Na Merlina, są piękne. A jak pachną. – Hermiona zatraciła się w zapachu jej ukochanych kwiatów. – Wejdź, proszę. – przesunęła się, wpuszczając Draco do apartamentu. Wyczarowała sporej wielkości wazon z wodą i włożyła do niego bukiet. – Nie wiedziałam, że goście dostają takie piękne kwiaty.
         - Bo nie dostają. – uśmiechnął się. – Jesteś głodna?
         - Szczerze mówiąc to bardzo. – panna Granger dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ostatnio jadła paluszki solone w Pubie Pod Trzema Miotłami.
         - To zakładaj płaszczyk, tam gdzie się udamy jest trochę chłodno. Zapraszam Cię na śniadanie.
         - To nie zjemy w hotelu? – zapytała dziewczyna, wykonując polecenie Malfoy’a.
         - Nie tym razem. Daj rękę. – Draco chwycił dziewczynę i po chwili poczuła charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka towarzyszące teleportacji.
         - Draco, czy my jesteśmy tu, gdzie myślę? – Hermiona mocniej ścisnęła jego rękę.
         - Jeśli myślisz o Paryżu to tak. Chodź, zjesz najlepsze śniadanie pod słońcem. - pociągnął ją lekko w tylko sobie znanym kierunku. Schował swoje dłonie do kieszonek w kurtce, nie puszczając przy tym delikatnej dłoni Hermiony. Dla przeciętnego przechodnia wyglądali jak szczęśliwa para.
Chłopak zaprowadził ją do przytulnej kawiarni, gdzie po chwili panna Granger zajadła się świeżymi Croissantami, z których wypływała gorąca czekolada.

wtorek, 27 sierpnia 2013

KONKURS

Zapraszam serdecznie na najnowszą miniaturkę "Konkurs". Szczerze, jestem z niej średnio zadowolona. Mam odczucie, że czegoś tu brakuje. 
Pracuję także nad kolejnym rozdziałem opowiadania. 
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za wszystkie komentarze. Są bardzo motywujące.

---------------------
         Hermiona wydmuchała nos w chusteczkę i odrzuciła ją w kąt, gdzie nazbierał się już spory stos. Mocno pociągnęła nosem i wybuchła na nowo płaczem. Ginny zabrało już palców, zarówno u rąk i stóp, żeby policzyć który to już dziś raz z kolei. Przytuliła ją mocno i pogłaskała po burzy brązowych loków.
         - No już ciiii, nie płacz. Oczy sobie wypłaczesz. – przyjaciółka próbowała ją pocieszyć.
         - Nie zależy mi! – kolejne pociągnięcie nosem. – Moje życie nie ma już sensu!
         - Hermionko, kochanie, mówisz tak od dwóch tygodni. Nie możesz myśleć o sobie w tak czarnych barwach.
         - A jak ja mam o sobie myśleć? – następna chusteczka. – Mam dwadzieścia pięć lat i zostanę starą panną!
         - No teraz to już przesadzasz! Ron nie jest jedynym facetem na ziemi!
         - Dla mnie tak! – na samą myśl o byłym chłopaku Hermiona zaczęła płakać jeszcze rzewniej. Ich pięcioletni związek zakończył się dwa tygodnie temu i od tego czasu panna Granger nie mogła się pozbierać. Ginny pokręciła z dezaprobatą głową, już nie wiedziała jak ma do niej trafić. – Mieliśmy takie plany, dom, rodzina, wspólne życie a skończyło się tak, że zostałam sama jak palec! Ron nie odezwał się do mnie ani słowem!
         - I dobrze, nie powinniście utrzymywać kontaktów po tym, co się stało. – Ginny podała jej kolejne opakowanie chusteczek higienicznych. – A teraz, rusz swój seksowny i zgrabny tyłeczek idziemy zrobić pyszne śniadanko! I nie marudź, musisz coś zjeść! – Hermiona niechętnie poczłapała za swoją przyjaciółką do kuchni. Usiadła na krześle i przyglądała się jak Ginny swobodnie porusza się po jej kuchni, przygotowując śniadanie. Aż strach pomyśleć, że spędziła z nią całą noc. Ruda, widząc smutną minę Miony, włączyła radio z nadzieją na pozytywny utwór. Akurat leciała poranna audycja.
         - A teraz konkurs tylko dla naszych wyjątkowych słuchaczy! Czy macie już dość jesiennej pogody? Chcecie coś zmienić w swoim życiu? Brakuje wam słońca i dobrej zabawy? – Hermiona miała wrażenie, że prezenter opisał jej aktualny stan. – Jeśli tak to trafiliście idealnie! Zapraszam was do wzięcia udziału w jedynym i niepowtarzalnym konkursie, gdzie nagrodą główną jest tygodniowy pobyt na Malediwach! Piękna pogoda, piaszczyste plaże i niezapomniana przygoda! To wszystko czeka na Ciebie! Dodatkowo, przez pierwsze piętnaście minut słuchacze, którzy wyślą SMS’a i zostaną wylosowani będą moglo zabrać ze sobą jedną osobę! Na co czekasz?! Wyślij SMS na numer 7777 o treści MALEDIWY. Do szczęśliwca, który zostanie wylosowany, zadzwonimy równo o godzinie dziewiątej! A teraz poranna porcja informacji...
         Hermiona przestała pociągać nosem i spojrzała ze zdziwieniem na swoją przyjaciółkę. Ginny z szybkością światła pobiegła do przedpokoju, zostawiając ciasto na naleśniki, które przygotowywała. Po chwili wróciła ze swoją komórką.
         - Poszło. – uśmiechnęła się, odłożyła komórkę na stole i jak gdyby nigdy nic wróciła do naleśników.
         - Co poszło?
         - SMS, wzięłam udział w tym konkursie. Jak wygram to lecimy na Malediwy.
         - Idę wziąć zimny prysznic. Tobie też by się przydał. – wyszła z kuchni nie czekając na odpowiedź.
         - Jeszcze zobaczymy! – odkrzyknęła za nią Ginny. Hermiona westchnęła tylko i udała się do łazienki na końcu korytarza. Optymizm Rudej zawsze był zaraźliwy ale niestety nie w tym momencie. Nie widziała dla siebie  żadnej przyszłości, wszystko czego pragnęła odeszło razem z Ron’em. Dokładnie jak w piosence Lykke Li – Possibility.

There’s a possibility
There’s a possibility
All that I had was all I gon’ get
There’s a possibility
There’s a possibility
All I gon get is gone with your step
All I gon get is gone with your stare

         Kolejna łza spłynęła po jej policzku. Za każdym razem, gdy w jej myśli wkradał się były chłopak nie mogła powstrzymać płaczu. Rozebrała się i weszła pod prysznic, z którego leciała chłodna woda. Usiadła i podkuliwszy kolana pozwoliła aby krople wody mieszały się z łzami. Pamięcią wróciła do tamtego przeklętego dnia…
         Dwa tygodnie temu Hermiona wróciła do mieszkania w wyśmienitym humorze – dostała długo oczekiwany awans, w końcu została zastępcą dyrektora Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. W pracy nikt nie był tym zaskoczony, bo któż inny niż ona zasługiwał na to stanowisko? Przez cały dzień otrzymywała gratulacje i pochwały. Jednak Hermiona nie mogła się już doczekać kiedy opowie o wszystkim Ron’owi. Bardzo ją wspierał w drodze do awansu i na pewno będzie dumny. Awans oznaczał także sporą podwyżkę, co pomoże im poprawić sytuację finansową. Hermiona po cichu liczyła na zamianę mieszkania, w końcu przyda im się większe, gdy zaczną myśleć o ślubie i dziecku. Z uśmiechem na ustach zaczęła przygotowywać uroczystą kolację. Do powrotu Ron’a z pracy miała jeszcze godzinę. Gdy wyjęła pieczeń z piekarnika do mieszkania wszedł jej chłopak. Hermiona wybiegła do przedpokoju żeby się z nim przywitać.
         - Dostałam awans! – przytuliła się do Rudzielca. Liczyła, że odwzajemni uścisk, jak robił to zawsze ale nie tym razem. Odsunęła się i spojrzała na niego, od razu poznała, że coś jest nie tak. Ich związek trwał pięć lat, więc bez trudu potrafiła rozpoznać każdą jego minę. – Coś się stało? – zapytała a Ron spojrzał jej w oczy.
         - Wyjeżdżam. – rzucił krótko.
         - Jak to? Kolejny wyjazd służbowy? Przecież niedawno wróciłeś.
         - Nie, to nie jest wyjazd służbowy. Wyjeżdżam na stałe. – opuścił wzrok, nie miał odwagi na nią dłużej patrzeć. – Odchodzę od Ciebie.
         Hermiona poczuła, że grunt osuwa się pod jej nogami. Przez chwilę miała wrażenie, że upadnie. Musiała się przesłyszeć. To nie jest prawda. Nigdy w to nie uwierzy. 
         - Jak to… co to znaczy, że odchodzisz ode mnie? – wydusiła z siebie, była bliska łez.
         - Nigdy Cię nie zdradziłem, ale poznałem kogoś i nie potrafię dłużej oszukiwać ani Ciebie ani siebie.
         - Wczoraj mówiłeś, że mnie kochasz a dziś mówisz mi, że kogoś masz? – wykrzyczała mu to w twarz. Emocje wzięły górę.
         - Kochałem Cię. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz. – po tych słowach wyszedł z mieszkania i zostawił ją samą.
         Od dwóch tygodni ta scena śniła jej się każdej nocy. I każdej nocy budziła się z krzykiem.
         Po prawie czterdziestu minutach weszła do kuchni. Wyglądała trochę lepiej, ale ciągle miała zaczerwienione oczy. Usiadła przy stole a Ginny podstawiła jej pod nos talerz z naleśnikami.
         - Są z bitą śmietaną, owocami i dużą łyżką mojej miłości.
         - Dziękuję Ci za wszystko. – Hermiona uśmiechnęła się i zaczęła powoli konsumować śniadanie. – Jesteś dla mnie niesamowitym oparciem. Gdyby nie Ty nie wiem jak to by się skończyło. W chwili obecnej jestem wrakiem człowieka, ale myślę a przynajmniej mam taką nadzieję, że kiedyś wyjdę na prostą.
         - Od tego są przyjaciele. – Ginny usiadła obok niej i również zaczęła jeść. – Ja wiem, że nadejdzie taki dzień kiedy będziesz najszczęśliwszą istotką na całym świecie. A mój brat debil będzie bardzo żałował tej decyzji. – po czym Ginny zmieniła temat, tak żeby panna Granger nie myślała chociaż przez chwilę o nim. Gdy zjadły odezwała się brązowooka:
         - Ty zrobiłaś śniadanie to ja pozmywam. – Hermiona wstała i zebrała puste talerze. Po chwili w mieszkaniu rozległ się dźwięk utworu, który Ginny miała ustawiony na dzwonek w swojej komórce.
         - Słucham. – Ruda odebrała telefon. Przez dłuższą chwilę, nic nie mówiła tylko słuchała. A im dłużej słuchała tym bardziej jej mina przybierała mieszankę ogromnego zdziwienia i niepohamowanej radości. – O matko! NAPRAWDĘ?! – wykrzyczała do słuchawki. – Oczywiście! Tak będziemy! – zakończyła rozmowę po czym zaczęła piszczeć i skakać. – Na Merlina! Hermiona!
         - Uspokój się i powiedz o co chodzi?
         - Jak mam się uspokoić?! WYGRAŁAM!! – podbiegła i przytuliła Hermionę. – Lecimy na Malediwy!!!

***

         - Niewielki i ekskluzywny resort wspaniale położony na niewielkiej wyspie. To idealne miejsce na spędzenie romantycznego, spokojnego urlopu. Polecany zwłaszcza parom lub nowożeńcom, ceniącym sobie komfort, atmosferę prywatności oraz indywidualność. Do dyspozycji gości hotelu znajdują się otwarta restauracja „Lime” serwująca kuchnię azjatycką oraz śródziemnomorską, grill „Cayenne” serwujący dania z rusztu z całego świata, jak również restauracja dla smakoszy „The Lighthouse”, która zadowoli nawet wybredne gusta kulinarne oraz dwa bary „Sails” i „ Lighthouse Lounge”. Wszystkie restauracje znajdują się bezpośrednio nad oceanem.  Restauracja „The Lighthouse” znajduje się na palach nad wodą i oferuje panoramiczny widok na ocean. Ponadto na terenie hotelu znajdują się: butik, biblioteka z płytami DVD/CD, kącik internetowy. Możliwa całodobowa obsługa w willach. Dla gości leżaki z matami, ręczniki kąpielowe w cenie. Karty kredytowe: Visa, MasterCard, American Express, Diners. Liczba bungalowów – siedemdziesiąt pięć. – Ginny przeczytała opis ośrodka, Baros Maldives, w którym dziewczyny miały spędzić tydzień.
         - Romantyczny urlop dla par i nowożeńców? Mam nadzieję, że dostaniemy osobne bungalowy. Nie chcę żeby wszyscy myśleli, że jesteśmy w związku. – Hermiona poprawiła swój duży, słomkowy kapelusz.
         - Tak, dostaniemy. – Ginny teatralnie westchnęła. – Za góra dziesięć minut mają zjawić się po nas właściciele ośrodka i zabrać nas na wyspę. – przyjaciółki siedziały w terminalu przylotów na lotnisku w Male, stolicy Malediwów. – Już nie mogę się doczekać to będzie przygoda naszego życia.
         - Mówisz jak nawiedzona wróżka. – zaśmiała się Hermiona. Wciąż cierpiała po odejściu Ron’a ale perspektywa spędzenia tygodnia w raju i oderwaniu się od problemów poprawiała jej humor. Przynajmniej przez ten czas postanowiła o nim nie myśleć i cieszyć się z podróży.
         - Wredota. Ale skoro masz mnie za nawiedzoną wróżkę, to proszę bardzo! Pierwszy facet jakiego zobaczysz na Malediwach zostanie Twoim mężem!
         - No szczerze wątpię, bo spotkałam już kilku facetów z obsługi lotniska. – panna Granger pokazała jej język.
         - Oj wiesz o co mi chodzi! Oni się nie liczą.
         - Tak, tak. – Hermiona zbyła ją machnięciem ręki. – Coś się spóźniają. – mruknęła i spojrzała na przesuwane drzwi, w których pojawił się… - Ginny… - szturchnęła przyjaciółkę, zobacz jaki on jest podobny do Malfoy’a.
         - Ty ślepoto! To jest Malfoy! Ciekawe co on tutaj robi… razem z Zabini’m? – Ruda przyglądała się chłopakom, którzy zaczęli iść w ich stronę. – Oni tu idą. – powiedziała prawie bezgłośnie do Hermiony. Serce panny Weasley zaczęło mocniej bić – on nic się nie zmienił, wciąż przystojny i czarujący. Rozstali się niedługo po zakończeniu Wojny, ale nigdy nie przestała go kochać. I to właśnie było problemem. Brązowooka była całkowicie zaskoczona obecnością dwóch Ślizgonów. Czy to oni są właścicielami ośrodka? Na Merlina, taki zbieg okoliczności? Niby po Bitwie o Hogwart pogodzili się, ale to było lata temu. Nie wiedziała jak ich relację będą wyglądać teraz.
         - A kogo to moje oczy widzą? Weasley i Granger, cóż za niespodzianka. To wy wygrałyście konkurs? – pierwszy odezwał się Zabini. Ostatni raz widział je po Wojnie i szczere był zadowolony, że to one tu są. A zwłaszcza Ginny. Wciąż coś do niej czuł. Draco był mile zaskoczony, chociaż z drugiej strony miał podobne odczucia jak Hermiona.
         - Tak, my. – odezwała się panna Granger, bo jej przyjaciółka jakoś nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. – A dokładniej mówić to Giny wysłała SMS’a. Miło was widzieć po tylu latach. – Hermiona wstała i chwyciła za swój bagaż. – Idziemy?
         - Chyba Cię pogrzało, że będziesz to nosić. – Draco zabrał od Miony torbę. – I was też miło widzieć. – uśmiechnął się. – W sumie możemy się teleportować, okoliczności ku temu sprzyjają.
         Czwórka dawnych wrogów wyszła z terminalu lotniska. Zmierzali do jednej z mniej uczęszczanych uliczek. W końcu Ginny odzyskała zdolność mowy i trajkotała jak najęta o tym jak bardzo się cieszy, że tu jest i to jej pierwsza wygrana w jakimkolwiek konkursie.
         - Ona tak zawsze? – zapytał Draco Hermiony, gdy pozostała dwójka wyprzedziła ich i nie zwracali uwagi na nic.
         - Czasami. Biedny Blaise.
         - Nie wygląda na strapionego, a wręcz przeciwnie. Chyba próbują nadrobić stracony czas. Założę się o dziesięć galeonów, że wrócą do siebie.     
         - Nie zakładam się, bo to oczywiste. – uśmiechnęła się Hermiona. – Z daleka widać, że żadne nie przestało kochać drugiego.
         - Masz rację. Gołąbeczki, skręcamy w lewo. – Draco zwrócił się do Ginny i Blaise, którzy szli już prawie za rękę. – Tu jest dobre miejsce. Daj rękę. – zwrócił się do Hermiony i po chwili dziewczyna poczuła szarpnięcie w okolicach pępka. Gdy otworzyła oczy stali już na piaszczystej plaży, niedaleko bungalowów które wybiegały w ocean. Hermiona nie mogła uwierzyć w to co widzi. Słońce chyliło się ku zachodowi, przez co woda przybrała pomarańczowy odcień. Z każdej strony otaczała ich krystalicznie czysta woda a wysokie plamy porastały większą część wyspy.
         - Jak tutaj pięknie. – westchnęła.
         - Prawda? – obok niej stał Draco. – Teraz nie ma już turystów, bo za tydzień kończy się sezon. Wczoraj wyjechali ostatni. Chodź pokażę Ci Twój bungalow, bo Ginny i Blaise chyba o nas zapomnieli.
         - Chyba masz rację. – Miona spojrzała na jej przyjaciółkę i chłopaka, którzy już zwiedzali sobie w najlepsze część wyspy. – Prowadź.
         - W sumie, jeśli chcesz to wybierz sobie sama, gdzie chcesz spać. I tak wszystkie są wolne. – Draco szedł obok dziewczyny, niosąc jej bagaże.
         - Naprawdę? To miłe, dziękuję. – w Hermionie, jak zawsze w sytuacji wyboru, odezwała się skromność i postanowiła zająć pierwszy bungalow z lewej strony. – Ten będzie odpowiedni.
         - Tak? – uśmiechnął się. – To jesteśmy sąsiadami, ja zajmuje ten obok. – wskazał go palcem. Weszli do niewielkiego domku, składającego się z sypialni, łazienki i tarasu, z którego schodki prowadziły wprost do oceanu. – Zostawię Twoje bagaże tutaj. – postawił je przy łóżku. – I jak Ci się podoba?
         - Raj. Tylko tak mogę to określić. – Hermiona uśmiechnęła się szczerze, pierwszy raz od rozstania z Ron’em.
         - Pójdę już sobie. Jest już późno i na pewno jesteś zmęczona. Widzimy się rano, na śniadaniu. Gdybyś czegoś potrzebowała jestem tuż obok. – uśmiechnął się. – Dobranoc.

***

         Następnego ranka Hermiona obudziła się w wyśmienitym humorze. Gdyby zależało to od niej mogłaby zostać w tym pięknym miejscu na zawsze. Niestety nie było to takie proste. Nie trudno było się zorientować, że pobyt w tym miejscu kosztował fortunę. Ubrała się w szorty, koszulkę na ramiączkach i wyszła na taras. Było kilka minut po ósmej a temperatura sięgała już dwudziestu pięciu stopni.
         - Hermiona! Chodź do nas! – Ginny, Blaise i Draco siedzieli na plastikowych krzesełkach przy stoliku w oceanie, blisko brzegu. – Zobacz, co chłopcy dla nas przygotowali. – wskazała na stół.
         - Wygląda apetycznie. – panna Granger zajęła wolne miejsce pomiędzy Draco a Rudą. – Zawsze jecie tak śniadania? – nałożyła sobie na talerz kilka krewetek. Uwielbiała owoce morze.
         - Najczęściej. Nasi goście mogą też jeść w kilku restauracjach, po drugiej stronie wyspy.
         - Ale wolą w ten sposób. – dodał Blaise, trzymając rękę na nodze Ginny. Draco posłał Hermionie spojrzenie mówiące a nie mówiłem.
         - Więc, jakie rozrywki nam oferujecie? – zapytała brązowooka, próbując nie myśleć o relacji panującej między Rudą a Diabłem.
         - Poza naszymi łóżkami to całkiem sporo. Zaczynając od sportów wodnych, czyli nurkowanie, żeglarstwo, surfing, windsurfing, kitesurfing, narciarstwo wodne, paralotniarstwo, skimboarding, skutery wodne kończąc na zwiedzaniu okolicznych wysp, w tym Male, stolicę Malediwów, opalaniu się, szukaniu skarbów, podziwianiu widoków i totalnym relaksie dla duszy i ciała. – wyliczał Blaise.
         - Więc zróbmy to wszystko! – Ginny była już pełna werwy.

***

         I owszem zrobili to wszystko, przynajmniej Hermiona i Draco (nie licząc pobytu w łóżku), bo Ruda i Diabeł byli zbyt zajęci sobą. Oficjalnie do siebie wrócili drugiego dnia pobytu w Baros Maldives. Panna Granger każdego dnia uśmiechała się coraz szerzej i co lepsze, ani razu nie pomyślała o swoim byłym. Sama nie wiedziała, czy to przed namiar wrażeń czy przez Draco, którego bardzo polubiła. Ostatniego wieczoru najlepszych wakacji w życiu udała się na plażę, gdzie do dwóch palm przywiązany był sporej wielkości hamak. Położyła się na nim i spojrzała w rozgwieżdżone niebo. Sama nie wiedziała kiedy zleciał jej ten czas. Z drugiej strony wszystko co dobre niestety szybko się kończy. Jutro wróci do szarej rzeczywistości, do pracy, do mieszkania, w którym roiło się od nieprzyjemnych wspomnień. Na samo wspomnienie o Ron’ie do oczu napłynęły jej łzy.
         - Można się przyłączyć? – nie wiadomo skąd pojawił się Malfoy. Hermiona szybko przetarła oczy,
         - Pewnie.
         - To się posuń. – Draco położył się obok niej, zakładając jedną rękę za głowę. – Przytul się jak jest Ci zimno.
         - Jest dwadzieścia siedem stopni. – mimo to dziewczyna skorzystała z propozycji. Draco objął ją ramieniem.
         - To co. – zaśmiał się i spojrzał w niebo. – Piękne, co? W Londynie takiego nie ma.
         - To prawda. Często bywasz w Londynie?
         - Nawet. Na Malediwach spędzam tylko okres sezonowy. Poza nim nie ma co tutaj robić.
         - Więc jutro też wracasz? – Draco odpowiedział na to pytanie mruknięciem. – Gdybym miała możliwość to nigdy nie wróciłabym do Londynu i zostałbym tutaj. Na Malediwach wszystko jest prostsze.
         - Co się stało takiego w Londynie, że nie chcesz tam wracać? Jak nie chcesz to nie mów.
         - Straciłam kogoś ważnego. – poczuła napływające łzy. – Po pięciu latach Ron z dnia na dzień oznajmił mi, że kogoś poznał i od tak odszedł. Ginny bardzo mi pomagała, gdyby nie ona nie wiem jak to wszystko potoczyło by się dalej. A potem trafiłam tutaj i poczułam się znów szczęśliwa. Pierwsze co zrobię po powrocie do domu to zamienię mieszkanie.
         - Więc Ruda to Twój Anioł Stróż. Moim jest Blaise. Też kiedyś kogoś straciłem. – po krótkiej przerwie kontynuował. – Moja narzeczona zginęła w wypadku samochodowym i ona…była w czwartym miesiącu ciąży.
         - O Boże, tak mi przykro. – Hermiona poderwała się i spojrzała na chłopaka. Poczuła się w tym momencie jak rozkapryszona nastolatka. Czym było odejście Ron’a w porównaniu do straty jaką przeżył Draco. – Nawet nie potrafię sobie wyobrazić… Uwierz, czuję się idiotycznie.
         - Nie potrzebnie. Chodź, przytul się do mnie. Musiałem nauczyć się z tym żyć, chociaż nie było łatwo. Blaise bardzo mnie wspierał, tak jak Ciebie Ginny. Mogę o coś zapytać?
         - Pytaj o co chcesz. – Hermiona mocniej wtuliła się w chłopaka.
         - Wrócisz ze mną za rok tutaj i zostaniesz na cały sezon letni?  W ogóle, bądź przy mnie już zawsze. Tydzień z Tobą był tym czego potrzebowałem. Jesteś cudowna i nie wiem jak ten idiota mógł Cię zostawić. Ja mogę Ci tylko obiecać, że nigdy Cię nie skrzywdzę.
         Dziewczyna podniosła się, spojrzała na Draco i bez słowa pocałowała go. Innej odpowiedzi nie potrzebował.

***

         Hermiona pchała wózek na zakupy, który był już prawie wypełniony po brzegi. W międzyczasie przeglądała listę zakupów. Jeszcze kilka produktów…
         - Hermiona? – znała ten głos. Czy to naprawdę był…
         - Ron? – poczuła nieprzyjemne ukłucie w środku.
         - To naprawdę Ty, tak się cieszę, ze Cię widzę. Co u Ciebie słychać?     
         - Wiesz, to nie jest najlepsza pora na rozmowę. – hardo spojrzała mu w oczy. – I szczerze, wątpię żeby kiedykolwiek była dobra.
         - Domyślam się, że masz do mnie żal. Nie dziwię się, ale tamten związek zakończył się szybciej niż się zaczął. Może…masz czas na kawę? Chcę z Tobą porozmawiać. Może uda nam się odbudować relację. 
         - O czym Ty w ogóle mówisz? Jaką relację? Zostawiłeś mnie pięć lat temu tak naprawdę bez słowa wyjaśnienia i nagle chcesz coś odbudować?
         - Mamusiu, mam płatki! Co jeszcze? – do Hermiony podbiegła dziewczynka o brązowych, kręconych włoskach i wrzuciła płatki śniadaniowe do koszyka.
         - Tylko masło, Kochanie. – uśmiechnęła się czule do córeczki. Mała pobiegła w stronę lodówek.
         - Mamusiu? – zdziwił się Ron. – Masz córkę? Ile ona ma lat?
         - Niech Cię to nie interesuje, nie jest Twoja. Poza tym, mam też syna. Mogę już iść? – oparła się zrezygnowana o wózek.
         - Pójdziesz dopiero jak powiesz mi kto jest ojcem tej małej. – Rudzielec był wyraźnie poddenerwowany i nie miał zamiaru odpuścić tak łatwo. Mógł być ojcem tej dziewczynki.

         - Ta mała to moja córka. I ma na imię Audrey. – do Hermiony podszedł dobrze zbudowany blondyn, na rękach trzymał ich półrocznego synka, który na widok swojej mamy zaśmiał się głośno. Po chwili obok Draco pojawiła się czteroletnia, niebieskooka dziewczynka. Pani Malfoy poczuła się przy swoim mężu bardzo bezpiecznie. Wiedziała, że nie pozwoli nikomu ich skrzywdzić. – Kotku, weź Scorpius’a i idźcie do kasy. – zwrócił się do żony i podał jej syna, po czym spojrzał czule na Audrey. – Ty też, Księżniczko. Pomóż mamie z wózkiem, tata zaraz przyjdzie. – poczekał aż najdroższe osoby w jego życiu odejdą na bezpieczną odległość i zwrócił się do Ron’a, który przyglądał się w ciszy całej sytuacji mocno zdziwiony. – Słuchaj uważnie, bo więcej tego nie powtórzę. Zbliż się jeszcze raz do mojej żony i dzieci a nie ręczę za siebie. Następnym razem nie będę tak miły i wyrozumiały. – warknął i odszedł w kierunku kasy, gdzie czekała na niego jego rodzina. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział 6. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi jak potoczą się nasze losy to nigdy bym mu nie uwierzyła

Kochani, wiele osób dopominało się o 6 rozdział, więc oto i on:)
Dziękuję za wszystkie komentarze, są one bardzo motywujące! Jesteście niesamowici!
Zapraszam do lektury a ja zabieram się za pisanie kolejnego rozdziału :)
clover.


-------


      - Małą czarną też zabierasz? – Ginny pomachała przed nosem Hermiony czarną sukienką na ramiączkach. Dziewczyna przygotowywała się do jutrzejszej wizytyw Hogwarcie. Kreacja wybrana przez pannę Weasley nie była odpowiednia na tego typu spotkanie.
         - Proszę Cię. – Hermiona przewróciła oczami. – Za taki strój Gryffindor straci ze sto punktów.
         - Za to całe męskie grono gości nie oderwie od Ciebie wzroku a punkty już Ciebie nie dotyczą. Pakuj ją. – Ginny wcisnęła sukienkę Hermionie w ręce.
         - Ja tam jadę uczcić pięćdziesięciolecie pracy McGonagall a nie wyrywać facetów. – Granger oddała sukienkę Ginny.
         - Ale jedno z drugim się nie wyklucza. – najmłodsza z Weasley’ów włożyła sukienkę do prawie kompletnie spakowanej torby swojej przyjaciółki. – Kto tam będzie?
         - Ja, Harry, Neville, Ernie Macmillan, Anthony Goldstein, Padma Patil, Draco Malfoy i prawdopodobnie Hanna Abbott oraz Pansy, pomaga trochę pani Pomfrey.
         - To już wiem, kto nie opuści Cię ani na krok. – Ginny rozsiadła się wygodnie na fotelu. – Ten sam facet, który odprowadził Cię tydzień temu do pracy.
         - Na Merlina. – Hermiona ukryła twarz w dłoniach. – On mnie tylko odprowadził! Czy dla Ciebie wszystko musi być jednoznaczne?
         - No wiesz, od czegoś trzeba zacząć. – Ginny uśmiechnęła się. Obiecała swojemu chłopakowi, że nie piśnie ani słowa o ich rozmowie.
         - Chyba najpierw trzeba chcieć... Ani słowa! – Hermiona pogroziła palcem swojej przyjaciółce, bo Ginny chciała coś powiedzieć. – Lepiej powiedz, co kupimy w prezencie ślubnym dla Ashley i Jacob’a?
         - O ile do ślubu dojdzie. – Ginny bawiła się końcówkami swoimi włosami, owijając je wokół palca. Hermiona spojrzała na nią z nieukrywanym zdziwieniem. – Lepiej powiedz co kupimy jej na urodziny?
         - Gin, o czym Ty mówisz? – Hermiona odłożyła szlafrok i usiadła bliżej swojej przyjaciółki. Zignorowała pytanie o prezent urodzinowy. – Wiesz o czymś więcej?
         - Słuchaj, ja nie chcę rozpuszczać fałszywych plotek ale odnoszę wrażenie, że ona nie jest z nim szczęśliwa. Zacznijmy od tych telefonów. Kiedyś cieszyła się na każde spotkanie jak szalona nastolatka, a teraz coraz częściej miga się od nich, zasłania pracą albo znajduje inne wymówki. Wraca o wiele później z pracy i zawsze jest wtedy taka szczęśliwa, uśmiechnięta od ucha do ucha. A jak wraca ze spotkania z Jacob’em...
         - Jest przygnębiona. – dokończyła Hermiona. Dziewczyna dokładnie przeanalizowała ostatnie zachowania Ashley, wszystko co powiedziała Ginny było prawdą. – Myślisz... myślisz, że ona kogoś ma?
         - Na początku też tak myślałam, ale teraz to już sama nie wiem. - Ginny usiadła po turecku na fotelu. – To przecież Ashley, to nie jest w jej stylu. To ona zawsze upominała mnie żebym nie podrywała każdego wolnego faceta w klubie. Ale ten wczorajszy telefon od Jacob’a, on naprawdę nie wiedział, gdzie ona jest.
         - Niby tak. – Hermiona podeszła do okna i usiadła na parapecie. – I co teraz zrobimy, przecież nie zapytamy się jej wprost, to idiotyczne.
         - Wiem, dlatego wpadłam na genialny pomysł, że możemy ją śledzić.
         - Okej, to jest jeszcze głupsze niż pomysł z pytaniem wprost.
         - Oj, Hermi, tylko tak dowiemy się prawdy. Bo jeśli zapytamy się wprost i okaże się, że nasze domysły są błędne to wyjdziemy na idiotki, a tak będziemy mieć sprawdzone informacje. No nie daj się prosić!
         - Dobra, ale zajmiemy się tym po urodzinach Ashley. Zobaczymy jak będą się zachowywać podczas imprezy. Umowa stoi?
         - Stoi! – Ginny klasnęła w ręce. – Już nie mogę doczekać się aż dowiemy się prawdy.
         - Szczerze? Ja się trochę boję, co może z tego wyniknąć. – Hermiona oparła głowę
o okno. – Jeśli okaże się, że Ash ma kogoś to wolę nie myśleć jaka awantura z tego wyjdzie. Jacob bywa bardzo zazdrosny. Z drugiej strony wcale nie chce mi się w to wierzyć. 
         - Nie zakładajmy najczarniejszego scenariusza, może zaczyna się trema przed ślubem
i potrzebuje więcej czasu dla siebie żeby spokojnie pozbierać myśli.
         - Możliwe, ciekawe jak Ty będziesz przeżywać ślub z Blaise’m. – Hermiona zachichotała pod nosem. Ginny rzuciła w nią poduszką.
         - Odczep się, na ślub się nie zanosi.
         - Dobra, dobra, teraz tak mówisz, a jak Blaise się oświadczy to będziesz najszczęśliwszą osobą na świecie.
         - Pewnie będę... kiedyś. Póki co jest dobrze i mi taki układ pasuje. Wolę tak poważną decyzję przemyśleć pięć razy niż wplątać się w taką sytuację jak z Harry’m. Do tej pory pamiętam jak mama truła mi tygodniami po rozstaniu z nim ale w końcu sobie odpuściła. Myślę, że tata jej przemówił do rozsądku. Na szczęście akceptuje mój związek z Blaise’mi darowała sobie uwagi co do zaręczyn i ślubu.
         - Ale się porobiło. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi jak potoczą się nasze losy to nigdy bym mu nie uwierzyła. – Hermiona uśmiechnęła się niemrawo. – Ron się do mnie nie odzywa a na dodatek wyjechał do Rumunii, Harry i Neville przyjaźnią się z Draco, Twój związek z Harry’m rozpadł się i jesteś z Blaise’m, a ja...dobrze wiesz, dalej sama.
         - Przeszkadza Ci to? – Ginny spojrzała na przyjaciółkę. – A co z Desmond’em? Z buźki jest nawet niezłym ciachem. I chyba dość dzianym, widziałam jaką bryką odwiózł Cię do domu.
         - Przyzwyczaiłam się do tego, ale czasami bardzo jest mi z tym źle. Zwłaszcza wieczorami kiedy nie mam się do kogo przytulić, porozmawiać. – po policzku dziewczyny spłynęła samotna łza. – A Desmond, sama nie wiem. Jest fajny, ale nie wiem czy coś z tego będzie. Straszna gaduła z niego.
         - Hermi, kochanie. – Ginny podeszła do Hermiony siedzącej na parapecie i przytuliła ją. – Czemu nigdy mi o tym nie mówiłaś?
         - To nie jest dla mnie łatwy temat, z jednej strony jestem gotowa na rozpoczęcie poważnego związku, ale z drugiej strony nie chcę związać się z kimś przypadkowym, to musi być wyjątkowy facet, którego obdarzę zaufaniem i otworzę przed nim moje serce. Kiedyś myślałam, że wyjdzie coś fajnego z Ronem, ale on zawsze będzie dla mnie jak brat. I wiem, że ta bariera nigdy nie zniknie.
         - Hermiona, jeśli mam być szczera to cieszę się, że z Ronem skończyło się tak jak się skończyło. Nigdy nie widziałam Cię w roli jego żony, a mojej... bratowej? Nigdy nie byłam dobra w tych relacjach rodzinnych. Według mnie do Ciebie pasuje facet stanowczy, silny
i taki męski taki jak Dr...    
         - Przestań, proszę. – Hermiona przerwała Ginny. – Czego tak uwzięłaś się na Malfoy’a. Już drugi raz o nim wspominasz.
         - A skąd wiesz, że chodziło mi o niego? Okej, chodziło mi o niego. – dodała, widząc minę Hermiony. – Po prostu widziałam, że mu się spodobałaś. Tyle.
         - Proszę Cię, żadnego swatania. – panna Granger pogroziła jej palcem. - Ta mała czarna to jednak bardzo dobry pomysł. – uśmiechnęła się.

***

         Hermiona wróciła do swojej sypialni odświeżona po wieczornym prysznicu. Na jej łóżku siedziała całkowicie czarna sowa, obok niej leżał list. Panna Granger podeszła do stolika i wzięła ciasteczko, które podała sówce. Zwierzątko zahukało radośnie i wyleciało przez okno. Dziewczynie zabiło mocniej serce, bo rozpoznała na kopercie koślawe pismo dobrego, starego przyjaciela.

Hermiona!

Gdybyś tylko miała wątpliwości to ja, Ron Weasley. Twój (oby niebyły) przyjaciel. Sam nie wiem od czego zacząć. Jakich słów mam użyć aby wszystko Ci wyjaśnić i, co najważniejsze, szczerze przeprosić. Chociaż nie wiem, czy takie przeprosiny mogą coś zrekompensować. Jednak uznałem, że warto zacząć od tego. Wcale się nie zdziwię jeśli nie odpiszesz mi na ten list, w końcu w pełni na to zasłużyłem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. I nie wiem czy gdybym był na Twoim miejscu to chciałbym mieć kontakt z takim padalcem jak ja. Mam nadzieję, że chociaż przeczytasz moje wypociny i spróbujesz mnie zrozumieć. Pozwolisz, że zacznę od początku…

Głęboko w pamięć zapadła mi nasza ostatnia rozmowa. Chociaż bardziej przypominało to kłótnię. Zachowałam się wtedy podle. Do mojego tępego, pustego i rudego łba nie docierały żadne logiczne argumenty. Nie mogłem zrozumieć dlaczego nie potrafisz mnie kochać tak jak ja Ciebie. Przecież przyjaźniliśmy się od pierwszej klasy. Chyba wydawało mi się, że to już połowa sukcesu. Dopiero teraz rozumiem jak bardzo byłem samolubny. Myślałem tylko o sobie i o tym jak bardzo byłem nieszczęśliwy. Zapomniałem całkowicie o Twoich uczuciach i potrzebach. Idiota. Pewnie to teraz pomyślałaś i masz całkowitą rację. Jestem idiotą. Po tym wszystkim uznałem, że najlepiej będzie jak całkowicie zerwę z Tobą jakikolwiek kontakt i ucieknę od tego wszystkiego. Charlie zaproponował mi pomoc przy smokach i uznałem, że będzie to idealna okazja to ucieczki. Tak, ucieczki. To właśnie zrobiłem. Nie wiele myśląc spakowałem swoje rzeczy i udałem się do Rumunii. I tu znowu okazałem się samolubem, bo myślałem tylko o sobie. O tym, co będzie lepsze dla mnie. Nie myślałem wtedy o mojej rodzinie i bliskich mi osobach. Próbowałem zapomnieć o Tobie i całkowicie zatraciłem się w pracy. Stała się ona moim całym moim życiem. Po jakimś czasie poczułem się nawet lepiej i w końcu odważyłem się zacząć czytać Twoje listy na bieżąco. Wcześniej tylko gromadziłem je w szufladzie, nawet ich nie czytałem. Każdy nowy list odkładałem do szuflady. Ograniczyłem się tylko do krótkich życzeń, które teraz wydają mi się sztywne i okropnie zimne. Pewnie Ty też tak je odbierałaś. Wcale się nie dziwię, bo w końcu zachowywałem się jak skończony idiota. Znowu.

Wszystko zaczęło się zmieniać siedem miesięcy temu, kiedy Charlie zatrudnił kolejną osobę do pomocy lekarskiej – Nicolett Subercaseux (jej nazwiska uczyłem się pisać i czytać przez dwa miesiące, dalej nie wiem czy wymawiam je poprawnie). Jej tata jest francuzem, a mama pochodzi z Rumunii. Uczyła się w Akademii Magii Beauxbatons (zna Fleur, chociaż są z różnych roczników), po ukończeniu szkoły jej rodzice rozeszli się, a Nicolett zamieszkała razem z mamą w Rumunii. Chyba się już domyślasz dlaczego o niej piszę – od pięciu miesięcy spotykamy się, a dwa miesiące temu zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Wszystko zaczęło się od mojego drobnego wypadku przy pracy – oparzenie ramienia (spokojnie, nic groźnego). Charlie od razu wysłał mnie do naszej nowej lekarki, Nicolett. Zaczęliśmy rozmawiać i sam nie wiem kiedy, zaczęliśmy się regularnie spotykać. Nicolett bardzo szybko się zaangażowała, mi to szło wolniej. Ale w końcu jakoś poszło. I coraz lepiej się z tym czuję. Zaczyna do mnie docierać, co tak naprawdę znaczy bliskość z kimś. I że tego uczucia nie można mieć na zawołanie. To przychodzi samo.

Czy kiedykolwiek mi wybaczysz moje samolubstwo? Te wszystkie lata przez które się nie odzywałem (trudno nazwać takie życzenia kontaktem)? Nie myśl sobie, że nie wiedziałem, co się wydarzyło przez ten czas w Anglii. Mama mnie o wszystkim informowała – wiem, że Ginny spotyka się z Blaise’m. To jej sprawa z kim chce się spotykać, nie mi to oceniać. Za dużo już błędów w życiu popełniłem przez mój gorący temperament, nie mam zamiaru mieszać się w życie mojej siostrzyczki. Mam nadzieję, że Ginny ma więcej oleju w głowie niż jej braciszek. Poza tym, w nowych lepszych czasach, nikt już nie patrzy na pochodzenie. Cieszę się, że mamy to już za sobą. Jak radzisz sobie w pracy? Chociaż znając Ciebie to jesteś najlepszym Magomedykiem w całej Anglii. I nie próbuj zaprzeczać.

Wiem, że do świąt Bożego Narodzenia jeszcze daleko, ale mam małą prośbę. Domyślam się, że spędzisz je w Norze, to już chyba taka nasza tradycja. W tym roku mam zamiar wrócić na święta do domu. Po raz pierwszy od mojego wyjazdu do Rumunii. Mama chce poznać Nicolett. Zastanawiam się czy zgodzi się przyjechać ze mną na święta.

Jeśli tylko będziesz chciała ze mną porozmawiać podczas Świąt będę wdzięczny za poświęconą mi każdą minutę, każdą sekundę. Dobrze wiem, że nie nadrobimy tych lat, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?

Gdybyś zdecydowała się odpisać wyślij list na adres mojej pracy, który napisałem na drugiej stronie koperty.

Ściskam i całuję,

Ron.

P.S. Masz pozdrowienia od mojego brata – Charlie’go.